OD PRZESZŁOŚCI DO TERAŹNIEJSZOŚCI – wywiad z absolwentem

OD PRZESZŁOŚCI DO TERAŹNIEJSZOŚCI – ROZPOCZYNAMY CYKL WYWIADÓW Z ABSOLWENTAMI I ZASŁUŻONYMI OSOBAMI DLA SZKOŁY PODSTAWOWEJ W SOCHOCINIE W 90-TĄ ROCZNICĘ POWSTANIA SZKOŁY

Z okazji 90-lecia istnienia Szkoły Podstawowej w Sochocinie nauczycielka tej placówki pani Małgorzata Woźniak przeprowadziła wywiad z absolwentem szkoły – 99-letnim Henrykiem Karabinem, prywatnie jej dziadkiem.

Pan Henryk Karabin jest najstarszym mieszkańcem Sochocina. Urodził się w 1923 roku. Dochował się dwóch synów i jednej córki. Ma siedmioro wnucząt i siedmioro prawnucząt. Przez wiele lat prowadził sklep z artykułami metalowymi oraz zajmował się gospodarstwem rolnym.  Pani Małgosia i najbliżsi najbardziej cenią pana Henryka za ciepło i uśmiech, którym obdarza członków rodziny. W ocenie wnuczki pan Henryk jest wspaniałym człowiekiem i najlepszym na świecie dziadkiem oraz pradziadkiem. Mimo swojego wieku, zawsze znajduje w sobie energię na opowiadanie o latach młodości i trudnych czasach wojny.

Poznajmy wspomnienia pana Henryka Karabina z czasów szkolnych i młodości.

 Dziadku, czy pamiętasz, ile lat temu skończyłeś szkołę?

 Skończyłem szkołę jak miałem 14 lat, teraz mam 99, czyli 75 lat temu.

Chodziłeś do naszej szkoły w Sochocinie?

Tak, do Sochocina cały czas, do tej jednej szkoły.

 A jak kiedyś wyglądała szkoła? Teraz mamy duże budynki, halę sportową, stołówkę, a jak było kiedyś?

W pierwszej klasie chodziłem do domu obok, po sąsiedzku, bo budynku szkoły jeszcze nie było. Do drugiej klasy chodziłem do domu Brauna, gdzie obecnie mieszka doktor Lejkowski, a trzecia klasa była w remizie strażackiej.

W tej remizie niedaleko kościoła?

Tak. Wtedy klasy i lekcje były w prywatnych mieszkaniach, dopiero w czwartej klasie byłem u Pokorskiego, przy plebani, koło kościoła w tym budynku i stamtąd przyszedłem dopiero do szkoły do nowego budynku.

 Jak wyglądała nowa szkoła?

Tak normalnie, klasa, ławki dla czterech lub sześciu osób. W każdej ławce była dziura na kałamarz, w którym był atrament. Maczaliśmy pióro w atramencie i pisaliśmy w zeszytach.

Dziadku, a jakie miałeś przedmioty w szkole? Teraz mamy język polski, matematykę, historię, geografię, chemię , fizykę, a Ty kiedy poszedłeś do szkoły to czego się uczyłeś?

Tak było i kiedyś. Pierwsza zawsze była religia, później polski, historia, matematyka, przyroda i ćwiczenia praktyczne.

Czyli mieliście W-F? Biegaliście, ćwiczyliście, skakaliście przez kozła?

Oj Tak! W różne gry graliśmy, bawiliśmy się. Pamiętam taką zabawę, że dwie osoby z klasy pobiegły i chowały się gdzieś, w jakiś krzakach. Drogę zaznaczali strzałkami, a my musieliśmy ich znaleźć.

Dziadku, ta gra nazywa się podchody, ja także się bawiłam w ten sposób.

To my przeważnie tak spędzaliśmy czas.

Wracając do tematu szkoły – czy miałeś jakiś ulubiony przedmiot, taki który Ci najbardziej pasował?

U mnie to matematyka była najlepsza, a rysunków najbardziej nie lubiłem. Nie umiałem rysować. Matematyka była za to dla mnie najłatwiejsza.

Czy to, że lubiłeś matematykę, miało to wpływ na Twoje dalsze wybory życiowe? Pracowałeś przecież w sklepie, byłeś sprzedawcą?

Jak najbardziej. Jak zdawałem do „Geesu” to było nas trzech kandydatów. Ja wypadłem najlepiej i  mnie przyjęli. Pamiętam w Sochocinie w „Geesie” były nadużycia i cały zarząd wsadzili do więzienia. Przysłano kogoś na „wysokim stołku” i wymieniono cała kadrę. On nas tam egzaminował i ja jakoś najlepiej wypadłem.

Super! Dziadku, a jak kiedyś wyglądało życie w szkole? Teraz to jest lekcja, przerwa, lekcja i znów przerwa?

Identycznie, tak samo. Zawsze rano był taki apel, na którym kierowniczka (dyrektor szkoły) parę słów powiedziała, a później każda klasa ustawiła się pod swoją salą. Jak weszliśmy do sali to zawsze modlitwa była na początku i normalną lekcję zaczynał nauczyciel, przeważnie wychowawczyni.

Pamiętasz, kto był Twoją wychowawczynią?

Moją? Taka pani Krajewska Jadwiga, a matematyki uczył Jagodziński.

A dyrektorem szkoły kto był wtedy?

Dyrektorem szkoły był pan Gutkowski.

Dziadku, a czy mieliście sprawdziany, klasówki, prace domowe?

Dyktanda były, klasówki, wszystko było tak jak teraz. Prace domowe jak najbardziej. Musieliśmy opisywać, gdzie byliśmy, co robiliśmy?

A jak była przerwa między lekcjami to co robiliście?

Biegało się po klasie i po boisku, ganiało się!

Czyli podobnie, jak obecnie. Dziś najważniejszym zadaniem szkoły jest zapewnienie dzieciom bezpieczeństwa. A jak kiedyś dbano o bezpieczeństwo uczniów?

Zupełnie inaczej. Kiedyś zimą w czasie przerwy biegaliśmy nad kanałek, żeby się poślizgać. Często nie słyszeliśmy dzwonka i spóźniliśmy się na lekcję. Za karę staliśmy w kącie, albo nauczyciel uderzał nas linijką po rękach. Był taki nauczyciel- Ciosek się nazywał- O! bardzo był nerwowy i czasami potrząsnął kogoś, a nawet ucho naderwał. Dawniej dzieciaki się bały powiedzieć w domu, że dostały karę w szkole, bo najpierw dostały „nauczkę” od nauczyciela a później w domu od rodzica. Wtedy nauczyciel był najważniejszy, a teraz jest zupełnie inaczej.

A pamiętasz dziadku swoich kolegów z klasy, ilu Was było w klasie?

Oj, dużo. Chyba 27 osób. Miałem wielu kolegów, ale takiego najlepszego zawsze się ma jednego. Moim najlepszym kumplem był Leszek Pokorski i Olszewski Stasiek.

Jak skończyliście szkołę to Wasza przyjaźń przetrwała, utrzymywaliście kontakty?

Jak ja skończyłem szkołę to pomagałem tacie w gospodarstwie, a już dwa lata później miałam pracować na lotnisku w Warszawie. Wujek mi się wystarał i w sierpniu zdawałem egzamin do pracy a chwilę później, we wrześniu wybuchła wojna. A w czasie wojny miałem taką sytuację, że spotkałem w tramwaju, z którego później zrobiono barykadę, profesora u którego wcześniej zdawałem egzamin na Okęciu. Siedzieliśmy obok siebie, ja nie śmiałem się odezwać i to on pierwszy nawiązał kontakt. Poznał mnie i pamiętał, że zdawałem u niego egzamin i miałem pracować na lotnisku. Kiedy wojna wybuchła to skończyły się przyjaźnie, bo były ważniejsze rzeczy na głowie.

Dziadku wspomniałeś o nauczycielu od matematyki. Chyba najbardziej zapadł Ci w pamięci?

 Tak. Jagodziński. Był bardzo wymagający. On tabliczki mnożenia to nie pytał: 7×8,  tylko ile to  ¾ z 12? W ten sposób każdy tabliczkę na pamięć wiedział u niego.

 Pamiętasz jakieś śmieszne lub smutne wydarzenia ze szkoły? Coś takiego przychodzi Ci do głowy?

Pamiętam i to bardzo poważne zdarzenie. W szkole 11 listopada, w Święto Niepodległości nauczyciel pożyczył broń od Niemca, który mieszkał tam gdzie teraz pan Prokopczyk. To była taka myśliwska broń. Była potrzebne do przedstawienia. A nie… To nauczyciel jakoś przez posterunek policji pożyczył tę broń. Niestety okazało się, że broń była nabita i nikt tego nie sprawdził. Chłopaki z mojej klasy się bawili tą bronią i jeden drugiego w zwykłej zabawie zastrzelił. Później odbył się pogrzeb, cała klasa była na cmentarzu. Dokładnie to pamiętam.

To straszne!

To takie smutne było Święto Niepodległości i już żadnego przedstawienia wtedy nie było. Kolega kolegę zastrzelił. Takie straszne wydarzenie. Posterunkowego za to, że nie sprawdził broni wysłano na inny posterunek. Nikogo więcej nie ukarano.

To był przykry wypadek. Dziadku, gdybyś mógł się cofnąć w czasie, to czy byś coś zmienił?

Trudno powiedzieć. Wszystko się zmieniło.

Tak, zmieniło się, ale czy Ty coś zmieniłbyś z tamtych czasów, gdybyś mógł? Czy zostawiłbyś wszystko, bo masz piękne wspomnienia?

W młodości zupełnie inne życie było. Ta ciekawość życia,  ta nowość każdego ciekawiła, zawsze to było coś świeżego… Jak pamiętam za tamtych czasów, po ukończeniu szkoły, przeważnie byli wszyscy rzemieślnikami. Dziś nie ma już kowala, szewca, rymarza, bednarza. Kiedyś Ci co wozy robili, koła wytaczali to wykonywali zawód stelmacha. Banaszewski był takim stelmachem. Teraz nie ma takich ludzi. W Sochocinie pewnie już nawet nie ma żadnego konia?

Chyba konie znalazłby się. Chociaż  o takiego konia z wozem, to raczej już trudno byłoby.

Teraz same traktory na polach. Kiedyś siłą pociągową był koń. Drewniany wóz z żelaznymi obręczami, były kosy, widły, nie to co teraz.

Zgadza się dziadku. Obecnie mamy kosiarki, traktory, kombajny. Idziemy do szkoły na informatykę, mamy komputery, telefony. Widzisz, rozmawiamy ze sobą i wszystko się nagrywa.

O nie, o czym mowa! jakie komputery? Nie było takich rzeczy. Wszystko się zmieniło. Kiedyś  mieliśmy głównie mapy szkolne. Mapę się wieszało na tablicy i tyle.

Właśnie! Dziadku, a jak wyglądały pomoce szkolne? Mieliście jakieś globusy, lupy, wagi i inne tego typu pomoce?

A owszem, były takie rzeczy. Globusy na lekcje przyrody się przynosiło do sali z pomieszczenia, gdzie były mapy i wszystkie takie przyrządy. Ale takich rzeczy jak dziś, że jesteś w klasie i patrzysz się w ekran to nie było. Tylko takie podstawowe pomoce. Nie było też pomieszczeń na toalety w szkole. Był „ustęp” postawiony obok szkoły. Trzeba było wychodzić „za potrzebą” na zewnątrz.

My dziś mamy toalety dla dzieci, są łazienki dla chłopców i dziewcząt oddzielnie. Kiedyś tak nie było?

Też toalety były podzielone! Połowa dla dziewczyn, połowa dla chłopaków, ale to był postawiony budynek obok szkoły.

 Inaczej życie szkolne wyglądało dawniej. Jak Wy chodziliście ubrani do szkoły? Mieliście mundurki?

Jak najbardziej, mundurki były. Chociaż chłopcy przeważnie to tak różnie się ubierali, ale dziewczynki musiały mieć wykładany, biały kołnierzyk. Mieliśmy też tarcze naszyte na rękawach. Każda klasa była na takiej tarczy oznaczona. Od razu było widać, z której klasy i szkoły jest uczeń.

Dziadku, jak wspominasz czasy szkolne? Lubiłeś chodzić do szkoły?

Ja to bardzo lubiłem chodzić do szkoły. Muszę się pochwalić, że byłem jednym z lepszych uczniów. Ciągnęło mnie do szkoły. Często rękę podnosiłem do odpowiedzi. Lubiłem szkołę, bo lubiłem się uczyć, ale byli tacy co nie nawiedzili szkoły, uciekali z niej.

 Czyli podobnie jak dziś. Są tacy którzy lubią  i nie lubią szkoły. Powiedziałeś, że niektórzy uciekali z lekcji, ponosili za to jakąś karę?

 Oczywiście! Jak ktoś uciekł ze szkoły to zaraz nauczyciel rodzicom dawał znać i trzeba było się ostro wytłumaczyć, dlaczego uciekł.

Dziadku, a jak było z ocenami? Teraz mamy stopnie od 1 do 6. Jak ktoś super się uczy to dostaje 6, a jak się nie uczy to dostaje 1.

Za moich czasów nie było 6, była 5. Piątka była najlepsza, ale jedynki też były. Przeważnie uczniowie dostawali  2, 3 i 4.

A pamiętasz, ile było klas? Obecnie osiem lat uczniowie chodzą do szkoły podstawowej, a następnie idą do szkoły średniej.

Wtedy też było osiem klas. Do szkoły średniej to mało kto chodził. Za moich czasów  z Sochocina jeden „Pniewiak” poszedł do Płońska do liceum. Zaraz po maturze poszedł na podchorążówkę. Za taką szkołę to się płaciło 40 złotych miesięcznie. Do dziś ta szkoła funkcjonuje w Płońsku.

 Za szkołę średnią trzeba było zapłacić?

Tak, płaciło się. Niewielu było stać wtedy na naukę.

Dziadku, dziś idąc do szkoły dzieci zabierają z domu kanapki, mają specjalne pudełka, w których noszą śniadanie, herbatę. Jak to wyglądało dawniej? Jedliście śniadania na przerwach?

Gosia, co Ty? Można było się tylko czasem mleka napić, nawet bułki nie było!

Czyli jadłeś śniadania  w domu?

Różnie to było. W zimie rano, jak się szło do szkoły to ciemno jeszcze było, więc się nie jadło śniadania. My przeważnie o 11.00  na przerwie dwudziestominutowej „lecieliśmy” do domu, na skróty, przez stodoły i zawsze się zdążyło przez te 20 minut zjeść kanapkę.

Dziadziusiu, dziękuję Ci za wywiad. Dzięki Twoim wspomnieniom możemy poznać dawne szkolne czasy, kawałek historii naszej wspólnej szkoły.

Jak pisaliśmy wyżej rozmowę z panem Henrykiem Karabinem prowadziła jego wnuczka pani Małgorzata Wozniak, która jest od 12 lat nauczycielką w Publicznym Zespole Szkół i Przedszkoli Samorządowych w Sochocinie a także jak dziadek absolwentką szkoły podstawowej. Pani Małgosia z ogromną sympatia wspomina swoje lata szkolne.

Jej wychowawczynią w edukacji wczesnoszkolnej była pani Iwona Majerkiewicz. W klasie IV wychowawstwo objęła pani Elżbieta Kupniewska – Makówka, a w klasie VII pan Włodzimierz Zwierzchowski. Szkoła Podstawowa już wtedy im mjra Henryka Sucharskiego w Sochocinie, do której uczęszczała, wyglądała trochę inaczej. Klasy I – III   mieściły się w budynku stołówki szkolnej, tam również była sala gimnastyczna. Dopiero w  późniejszych latach rozbudowano szkołę, powstała duża hala sportowa. Na lekcję religii uczniowie samodzielnie chodziliśmy do salki katechetycznej mieszczącej się w budynku przy kościele.

W ocenie pani Małgosi Wozniak, dzieci kiedyś były bardziej samodzielne. Rodzice chodzili do pracy, a uczniowie sami przychodzili i wychodzili ze szkoły. Nikt nie stał przy drzwiach i nie machał na pożegnanie. Po lekcjach wracano do domu, odrabiano prace domową i resztę dnia dzieci spędzały najczęściej z kolegami i koleżankami na wspólnej zabawie na świeżym powietrzu. Dziś niestety większość dzieci siedzi w domu pochłonięta grą na komputerze lub przed ekranem telewizora, często zapominając o swoich obowiązkach. Niestety zmienił się również stosunek do nauczyciela i pracowników szkoły. Dawniej, gdy jakikolwiek pracownik szkoły szedł korytarzem wszystkie dzieci stawały i mówiły dzień dobry. Dziś zdarza się często, że to nauczyciel pierwszy musi powiedzieć dzień dobry swoim uczniom.

Pani Małgorzata lata szkoły podstawowej wspomina z przyjemnością i nostalgią. To piękny czas rodzących się przyjaźni, które trwają do dziś. Jest wdzięczna swoim byłym nauczycielom (a często  już aktualnym koleżankom i kolegom z pracy) za pozyskaną wiedzę, za postawy pedagogiczne, z których czerpie wzór, wykonując dziś wymarzony zawód nauczyciela. Pani Małgosia Woźniak dzięki sumiennej pracy, osiągnieciom dydaktyczno-pedagogicznym,  ubiegłym roku szkolnym uzyskała kolejny stopień awansu zawodowego – nauczyciela dyplomowanego. Gratulujemy!

Panu Henrykowi Karabin dziękujemy za wywiad, życzymy wielu lat życia w zdrowiu, w otoczeniu kochającej rodziny.

Wywiad – Małgorzata Woźniak

Opracowanie tekstu – Anna Buras

Wywiad z panem Henrykiem Karabinem