OD PRZESZŁOŚCI DO TERAŹNIEJSZOŚCI – wywiady z absolwentkami

Prezentujemy czytelnikom kolejne wywiady z okazji 90-lecia istnienia Szkoły Podstawowej w Sochocinie. Tym razem są to wspomnienia byłych uczennic szkoły przełomu lat 80-tych i 90-tych. 

Pierwszy wywiad to wspomnienia lat szkolnych pani Joanny Kozłowskiej-Kajtaniak, która obecnie jest pracownikiem księgowości w szkole w Sochocinie. W wywiadzie wykorzystano rozmowę przeprowadzoną przez Kingę Kajtaniak, uczennicę kasy ósmej, córkę pani Joanny w ramach realizowanego przez uczniów projektu „Od przeszłości do teraźniejszości”.

Pani Joanna Kozłowska-Kajtaniak z córką Kingą

Jak dawno ukończyła Pani szkołę podstawową w Sochocinie?

Szkołę podstawową w Sochocinie ukończyłam dawno, bo w 1992 roku, czyli już 30 lat temu.

Jakie szkolne wydarzenie utkwiło Pani w pamięci?

Najbardziej w pamięci utkwiły mi uroczystości szkolne, a szczególnie te związane z rozpoczęciem i zakończeniem roku szkolnego oraz apele szkolne. Pamiętam, że odbywały się one na zewnątrz, przed budynkiem szkoły. Zbieraliśmy się tam wszyscy, ubrani byliśmy na galowo, czyli czarna spódniczka i biała bluzeczka. Ustawialiśmy się klasami na trawniku przy głównej bramie. Na środku swoją przemowę wygłaszał ówczesny dyrektor szkoły pan Leon Majerkiewicz. Jego donośny głos słyszeli wszyscy. Nie używał mikrofonu. Były to przejmujące przemówienia. Każdy stał w skupieniu na baczność. Apele szkolne za naszych czasów również wspominam z sentymentem. Wtedy uczniowie ustawiali się wzdłuż dolnego korytarza przy pamiątkowej tablicy, w dwóch rzędach przy bocznych ścianach. Palce stóp musiały być równiutko w jednej linii, nie mogły być wysunięte poza czarne linie znajdujące się na podłodze. Za moich czasów na tym korytarzu znajdowały się również schody prowadzące na górne piętro. Drugie schody mieściły się tuż przy głównym wejściu szkoły. Wtedy szkoła nie była tak rozbudowana jak dzisiaj. Na tych schodach ustawiały się dzieci należące do szkolnego chóru. U stóp schodów zasiadał nauczyciel muzyki pan Włodzimierz Zwierzchowski i przy jego akompaniamencie chór uświetniał uroczystości wykonaniem utworów. Dyrektor wygłaszał przemowę swoim silnym, donośnym głosem, poruszając się  wzdłuż korytarza. Ten melodyjny, mocny głos do dzisiaj brzmi w moich uszach.

Jakich przedmiotów uczyła się Pani w szkole podstawowej?

Za naszych czasów były podobne przedmioty jak te, których uczą się dziś dzieci. Natomiast inaczej byliśmy oceniani. Wtedy nie było szóstek. Najlepszą oceną była piątka, a najgorszą dwója – jak to my mówiliśmy. W szkole był też tylko jeden język obcy – język rosyjski. Z tego co pamiętam mieliśmy takie zajęcia, jak ZP-T (zajęcia praktyczno–techniczne), których uczyliśmy się od klasy czwartej do ósmej po dwie godziny w tygodniu. Na tych zajęciach wykonywaliśmy prace praktyczne, jak: szycie, szydełkowanie, robótki ręczne, robótki na drutach, przygotowaliśmy potrawy- ciasta, sałatki itp. Pamiętam, jak robiłam w domu kapelusz z tektury i bibuły na szkolną uroczystość. W klasie od zajęć praktyczno- technicznych znajdowały się specjalne, starodawne, drewniane stoły, na których zamontowane były imadła. Wszyscy niezależnie czy to chłopcy, czy dziewczynki poznawaliśmy techniki obsługi niektórych urządzeń i obróbki materiałów. Przynosiliśmy na te lekcje stare przedmioty, o których zastosowaniu rozmawialiśmy albo je odnawialiśmy. Ja raz przyniosłam patefon. Pewnie moja rozmówczyni, o czymś takim nawet nie słyszała?. Nie uczyliśmy się informatyki, a komunikowaliśmy się przez bezpośrednią rozmowę w „realu”, osobiście, w czasie spotkań koleżeńskich lub pisaliśmy listy. Niektóre przedmioty, mieliśmy dopiero pod koniec szkoły średniej, teraz dzieci mają je w szkole podstawowej np. EDB czyli edukacja dla bezpieczeństwa w szkole średniej to było PO- przysposobienie obronne.

Które przedmioty były dla Pani ulubionymi?

Oczywiście WF! A tak na poważnie ulubionym moim przedmiotem był język rosyjski. W sposób bardzo ciekawy lekcje prowadziła pani Jadwiga Skępska. Mocno motywowała nas do systematycznej nauki swojego przedmiotu. Lubiłam również chemię. Wiedzę zdobytą na lekcjach chemii uważałam za nowość w swoim życiu, dlatego bardzo mnie ten przedmiot ciekawił i ekscytował.

Czy sympatia do danego przedmiotu miała wpływ na Pani dalsze życie?

Moje dalsze życie troszkę rozbiegło się z zainteresowaniami wykazywanymi w tamtym czasie o czym świadczy fakt, że  obecnie pracuję w księgowości i obcuję z rachunkami i kalkulacjami.

Jak wyglądało codzienne życie szkolne ucznia w tamtych czasach? Jak wyglądała nauka w czasie lekcji, sprawdziany, lekcje domowe?

Zacznę od tego, że za moich czasów, żeby w ogóle dotrzeć do szkoły, trzeba było wstać bardzo rano, bo o piątej trzydzieści. Zwłaszcza zimą było to bardzo rano, w tym czasie jeszcze długo było ciemno. Wychodziliśmy na przystanek znajdujący się przy głównej trasie Płońsk- Ciechanów. Autobus mieliśmy o szóstej dziesięć. W oczekiwaniu na przyjazd autobusu graliśmy w taką grę, która nazywała się „pchełki”. Nie były wymagane żadne rekwizyty. Do tej gry potrzebne były jedynie nasze nogi i sprawność. Zasada gry polegała na tym, aby nie pozwolić żadnej innej osobie na ustanie sobie na buta podczas jednego podskoku. Była to prosta ale zabawna rozrywka i w chłodne zimowe poranki pozwalała się rozgrzać. Jeżeli chodzi o same lekcje, to odbywały się one podobnie do dzisiejszych, oprócz tego, że za naszych czasów nie było gotowych materiałów, kart pracy. Nauczyciel wszystkie zadania pisał na tablicy, a uczniowie przepisywali to do zeszytów. Najgorzej było, jak ktoś pomylił się przepisując matematykę, zwłaszcza na klasówce, bo za naszych czasów sprawdziany nazywaliśmy klasówkami. Poza tym informacje pozyskiwaliśmy z książek, encyklopedii, słowników lub opowieści naszych dziadków. Również liczenie inaczej się odbywało. Nie korzystaliśmy na lekcjach matematyki czy fizyki z kalkulatorów, a jedynie z długopisów i kartek. Tak samo było z pomocami potrzebnymi na zajęciach. Wszystko było przygotowywane ręcznie, z materiałów pozyskanych w domu np. : zapałek, papieru, patyczków, liści lub buteleczek po syropach. W tamtych czasach nie kupowaliśmy gotowych pomocy w sklepach, bo ich nie było. A czasami trudno nawet było kupić kredki, kolorowe długopisy, piórniki itp. przybory i narzędzia szkolne.

Jak spędzaliście przerwy między lekcjami, jakie były gry, zabawy?

Na przerwach między lekcjami zwykle spacerowaliśmy po korytarzach. Kto miał ze sobą pieniądze, pędził do sklepiku szkolnego lub cukierni, która znajdowała się po drugiej stronie ulicy, aby ustawić się w kolejkę po struclę lub napoleonkę. Nie była to łatwa sprawa, ponieważ wychodząc i wracając trzeba było zmienić obuwie. Było to również niebezpieczne, bo musieliśmy przechodzić przez ulicę, by dojść do cukierni. Na szczęście w tamtych latach ruch pojazdów na ulicy był bardzo mały. Szatnię mieliśmy jedną, niewielkich rozmiarów, a chętnych do kolejki nie brakowało. Już odnalezienie swoich butów było wyczynem, a co dopiero ustawienie się na początku kolejki w cukierni. Za naszych czasów szkoła nie była tak pięknie rozbudowana, jak obecnie. Używana była ta obecna najstarsza część, w której uczą się  klasy I-III oraz ta nowsza część od wschodniej strony, która oddana została do użytku w latach osiemdziesiątych. Było to w czasie mojej edukacji, ale dokładnie tego nie pamiętam. Nie wybudowano jeszcze skrzydła z głównym wejściem oraz hali sportowej. Sala gimnastyczna znajdowała się w miejscu, gdzie teraz jest stołówka. Obok była zerówka i biblioteka. Kiedy robiło się ciepło, życie podczas przerw przenosiło się przed szkołę. Nieliczne osoby przebywały w opustoszałym budynku. Wszędzie unosił się  gwar i radosny śmiech. To był piękny czas. Kto tylko miał gumę do skakania, a zdobył ją w jakiś „cudowny” sposób np. podebrał mamie z bieliźniarki – wychodził przed szkołę, aby poskakać. Jednym zdaniem- Kto miał gumę, ten rządził! A były różne techniki skakania – ograniczała nas tylko wyobraźnia. Dodam jeszcze, że nasza gwara młodzieżowa znacznie też różniła się od  slangu obecnej młodzieży. Była o wiele delikatniejsza i milsza dla ucha starszych…

A jak w tamtych czasach dbano o dyscyplinę?

Kiedy uczyłam się w młodszych klasach, wszystkich uczniów – bez wyjątku – obowiązywał fartuszek oraz kapcie. Fartuszek musiał mieć biały kołnierzyk. Był to kołnierzyk odpinany. Każdy posiadał w domu kilka takich na zmianę. Na ramieniu fartuszka musiała być przyszyta tarcza Szkoły Podstawowej w Sochocinie. Fartuszek i tarcza były obowiązkiem. Nie można było przyjść inaczej ubranym. Dopiero w późniejszych latach zniesiono ten obowiązek. Na korytarzach szkolnych dyżur pełnili, oprócz nauczycieli uczniowie wyznaczeni na jeden tydzień zwani „dyżurnymi”. Ich zadaniem było patrolowanie w parach korytarzy szkolnych i pilnowanie porządku, Nosili oni specjalne, wyróżniające się opaski dyżurnego na ramieniu lub plakietki. Dwóch najstarszych dyżurnych znajdowało się na każdej przerwie przy drzwiach głównego wejścia do szkoły. Strzegli oni, aby nikt nie przedostał się bez zmiany obuwia w obu kierunkach, dlatego dostać się szybko do cukierni „na lewo” nie było takie proste.  Poza tym, nie było dozwolone bieganie, używanie  niestosownych zwrotów itp. dyżurni czuwali! Jak zauważyli nieprawidłowości, zgłaszali je do nauczyciela lub dyrektora. Nikt nie chciał być zgłoszonym. A jak trafiło się „grubsze przewinienie, organizowany był apel. I ta wymowna cisza naszego dyrektora przed „wykładem” dla mnie więcej znaczyła niż słowa. Zawsze zastanawiałam się, co teraz nastąpi? Każdy chyba w tamtym momencie rozumiał, co należy robić, a czego nie wolno. I tak właśnie wyglądała dyscyplina w szkole.

Czy przyjaźnie szkolne okazały się tymi na całe życie?

Z niektórymi osobami nadal się spotykamy i bardzo miło wspominamy okres nauki w szkole w Sochocinie. Z tymi, którzy podjęli naukę w innych miastach, tam założyli rodziny z czasem kontakt się urwał.

Nauczyciel, którego wspomina Pani do dzisiaj? 

Zdecydowanie  pani Jadwiga Skępska.  Jako  nauczyciel  była  osobą  wymagającą  i  surową,  a równocześnie miała w sobie dużo ciepła i spokoju. Starała się przekazać nam jak najwięcej wiedzy, z myślą o naszej przyszłości oczywiście. Zaś pani Jadwiga Jarczewska, która uczyła matematyki, miała przepiękny charakter pisma. Przepiękny! Nigdy nie spotkałam osoby, która by tak ładnie, starannie pisała. Wielu nauczycieli wspominam bardzo ciepło. Mieliśmy wspaniałą kadrę pedagogiczną.

Zycie szkolne obfituje w różne wydarzenia – śmieszne lub smutne. Czy chciałaby Pani, o jakimś opowiedzieć?  
 
Hmm…  śmieszne  wydarzenie?  Kiedyś  miałam  sytuację,  kiedy  koledzy  radując  się  świeżym śniegiem, natarli mnie nim w czasie, gdy wracałam ze stołówki do szkoły na lekcję. Akurat mieliśmy fizykę z panią wicedyrektor Heleną Kupniewską. Kiedy mnie zobaczyła, nakazała przynieść mi śnieg do klasy.  Nadmienię,  że  nie  wolno  było  wnosić  śniegu.  Zdziwiłam się, ale na  polecenie  pani wicedyrektor,  przyniosłam  śnieg.  Przy  całej  klasie  nakazała  mi, tak  samo  natrzeć  buziaki dowcipnym kolegom. Na koniec chłopcy musieli wszystko pięknie wysprzątać. Nie wiem czy było to śmieszne, ale na pewno pouczające wydarzenie wedle zasady „nie rób drugiemu tego, co tobie niemiłe”.

Gdyby Pani miała możliwość cofnięcia się w czasie do lat szkolnych, co by Pani zmieniła? 

Gdybym  mogła?…., to nie wiem czy chciałabym coś zmieniać. Uczyliśmy się w takich czasach, jakie wtedy były. Z perspektywy dziecka myślę, że wcale nie były gorsze od dzisiejszych. Na tamte możliwości co trzeba, mieliśmy zapewnione. Nauczyciele przekazywali wiedzę rzetelnie i z ogromnym sercem. My byliśmy szczęśliwymi dziećmi. No, może do tamtych podręczników włożyłabym dzisiejsze piękne, kolorowe i barwne ilustracje. 
  
Czy chciałaby Pani coś od siebie dodać lub przekazać współczesnym uczniom?   

Poprosiłabym współczesnych uczniów o przeniesienie się oczami wyobraźni do naszych czasów. Czasów bez komputerów i aplikacji, ale pełnych radosnych zabaw, rozmów z kolegami i koleżankami w ”realu”. Wskazałabym na to, jakim trudem i kreatywnością musieliśmy się wykazywać na przykład w zdobywaniu lekcji od innej osoby po nieobecności w szkole. Buty, świeże powietrze, długopis i kartka i druga osoba- przyjaciel. Tylko tyle było nam trzeba!  

Kolejną rozmówczynią jest pani Monika Stępkowska-Smardzewska. W wywiadzie wykorzystano nagraną rozmowę z panią Moniką przez syna Bartłomieja, już absolwenta Szkoły Podstawowej im. mjra H. Sucharskiego w Sochocinie.

Pani Monika Stąpkowska-Smardzewska z synem Bartłomiejem

 Jak dawno ukończyła Pani szkołę podstawową w Sochocinie?

 Do Szkoły Podstawowej w Sochocinie, uczęszczałam w latach 1985-1993, czyli ukończyłam ją prawie 29 lat temu.

 Jakie szkolne wydarzenie utkwiło Pani w pamięci?

 Podczas ośmiu lat edukacji w szkole podstawowej wydarzeń było wiele, do których wracam pamięcią, ale chyba jedno z nich rzeczywiście wysuwa się na czołówkę, ponieważ było to duże wydarzenie dla szkoły, jak i dla całej gminy. Myślę o budowie hali sportowej i wydarzeniu, które tę inwestycję poprzedzało, czyli uroczystym wmurowaniu kamienia węgielnego właśnie pod budowę hali sportowej. Pamiętam, że był to piękny słoneczny dzień, ja uczęszczałam do siódmej bądź ósmej klasy. Tego dnia przybyło bardzo wielu zaproszonych gości, wszyscy uczniowie, absolwenci tejże szkoły, którzy byli w wieku moich rodziców-byli zgromadzeni na placu przed szkołą. W czasie uroczystości wygłaszałam tekst, tak jak wielu innych uczniów, niesamowicie stresowałam się,  żeby się nie pomylić,  nie zapomnieć tekstu.  Jednak po zakończeniu występu, emocje opadły i wtedy wraz  z koleżankami, ubolewałyśmy, że jako uczniowie tej szkoły nie skorzystamy już z hali sportowej. W kronice szkoły widnieje zapis potwierdzający wspomnienia pani Moniki „14 kwietnia 1993 roku o godzinie 12.00 dokonano wmurowania kamienia węgielnego pod rozbudowę szkoły i budowę hali sportowej w Sochocinie” Pod adnotacją widnieją podpisy sponsorów i osób zaangażowanych formalnie, z urzędu w zainicjowanie i sponsorowanie inwestycji: zastępcy Dyrektora Totalizatora Sportowego, Kuratora Oświaty, Wójta Gminy, Przewodniczącego Społecznego Komitetu Budowy, Przewodniczącego Rady Rodziców oraz ówczesnego dyrektora szkoły już pani Anny Zwierzchowskiej. Dalej w kronice szkoły jest informacja, że „11 maja 1993 roku rozpoczęto budowę hali wraz z częścią dydaktyczną oraz łącznikiem. Sala gimnastyczna ma planowaną powierzchnię 1000 m2. Jest z konstrukcji stalowej….Część dydaktyczna i łącznik z budynkiem szkoły wykonywane są metodą tradycyjna z cegły… Z zapisów w kronice wynika, że w rozbudowie szkoły zaplanowano pięć nowych pomieszczeń w tym szatnię dla uczniów. Inwestycje te maja usprawnić edukację i pracę placówki, zlikwidować dwuzmianowość nauczania, gdyż dotychczasowy budynek jest dla 700 uczniów zbyt mały.

Jakich przedmiotów uczyła się Pani w szkole podstawowej?

W szkole podstawowej, uczyłam się przedmiotów praktycznie takich samych, jakich teraz uczą się uczniowie. Nazewnictwo bardzo nie odbiegało od dzisiejszego. Nie uczyłam się informatyki, która teraz jest. Nie miałam przedmiotu EDB, a nauczanym językiem obcym był tylko  język rosyjski.

 Które przedmioty były Pani ulubionymi?

Zawsze powtarzam, że jestem humanistką, z krwi i kości! Już w szkole podstawowej wyraźnie zaznaczyła się moja predyspozycja do tych przedmiotów. Najbardziej lubiłam język polski i historię.

 Czy sympatia do danego przedmiotu miała wpływ na Pani przyszłość?

Zupełnie inaczej potoczyły się moje losy zawodowe, ponieważ od wielu lat moja praca związana jest finansami i rachunkowością, a tu króluje matematyka i przedmioty ścisłe. Jednak w głębi duszy jestem humanistką i w tym obszarze czuję się najbardziej swobodnie.

 Jak wyglądało codzienne życie szkolne w tamtych czasach?

Codzienne życie szkolne nie odbiegało za moich czasów od  życia współczesnej szkoły. Podobnie, jak teraz musieliśmy uczyć się, uczęszczać do szkoły, mieliśmy zakazy, nakazy, prawa jako uczniowie. A grono pedagogiczne bardzo dbało, aby zaproponować nam ofertę zajęć, gdzie mogliśmy zaangażować się w różne działania. Też często odbywały się apele z różnych okazji, które były bardzo uroczyste. Młodzież się do nich przygotowywała, śpiewaliśmy grupowo różne piosenki, niektórzy występowali solo, recytowano wiersze. Udział w uroczystościach bardzo lubiliśmy, bo można było rozwijać swoje zdolności, pasje i zainteresowania, albo oglądając i słuchając- doznać niesamowitych przeżyć. Poza tym utkwiło mi w pamięci, że w klasach 1-3 chodziliśmy, zarówno chłopcy, jak i dziewczęta, w granatowych mundurkach z białymi kołnierzykami. Na przerwach dostawaliśmy herbatę, było to bardzo przyjemne. Zaś w starszych klasach uczniowie pomagali nauczycielom na przerwach w utrzymaniu dyscypliny. Dyżurujący na korytarzach uczniowie wykonywali swoje zadanie odpowiedzialnie, nosili na przedramieniu plastikowe białe plakietki i pamiętam, że pozostali uczniowie podchodzili do dyżurujących z dużym respektem. Również w szkole był uczniowski sklepik szkolny, w którym uczniowie sprzedawali na zmianę artykuły. Ja również „pracowałam” tam, jako ekspedientka. Oczywiście prowadzony sklepik był za zgodą dyrektora i pod opieka nauczycieli.

Jak wyglądała nauka w czasie lekcji, sprawdziany, prace domowe?

 Były sprawdziany, kartkówki zapowiedziane i niezapowiedziane. Nauczyciele zadawali nam również prace domowe, tak jak teraz trzeba było uczyć się. Szczególnie w pamięci utkwił mi przedmiot-zajęcia praktyczno- techniczne, podczas którego uczyliśmy się pisma technicznego, robiliśmy sałatki, kanapki, własnoręcznie wykonywaliśmy z drewna np. deski do krojenia, korzystaliśmy z imadeł. Lekcje prowadził wspaniale pan Błażej Kochanowski, którego niestety nie ma już wśród nas, ale dał się on zapamiętać jako nauczyciel, który potrafił integrować młodzież, bardzo lubiliśmy te zajęcia. Też zapadły mi w pamięci lekcje fizyki, ciekawe doświadczenia, które nas interesowały. Na te lekcje czekaliśmy!

Jak spędzaliście przerwy między lekcjami, jakie były gry i zabawy?

Jak tylko zadzwonił dzwonek, najbardziej było to widać porą wiosenną, wszyscy  wybiegali przed budynek szkoły. Dzieci i młodzież bawiła się w grupach lub  indywidualnie. Praktycznie każda dziewczynka wtedy miała w plecaku gumę do skakania, była to bardzo popularna zabawa, poza tym bawiliśmy się w berka, zbijaka, w chowanego. Popularną grą była tzw. „koza”- to gra przy użyciu piłki, którą odbijało się od ściany, a gdy wracała trzeba było nad nią przeskoczyć. Komu się nie udało, zostawał wtedy „kozą”, musiał wówczas stanąć pod ścianą i tracił kolejkę w grze. Poza tym ciekawa i popularna była  gra „państwa” bądź inaczej „wojna”. Do tej zabawy wystarczył patyk do rysowania symboli po ziemi i kilka kamieni, tak niewiele nam było trzeba, by dobrze się bawić, spalić nadmiar młodzieńczej energii i zanurzyć w powiewie świeżego  powietrza.

Jak w szkole w tamtych czasach dbano o dyscyplinę?

 Grono pedagogiczne starało się dbać o dyscyplinę w szkole, tak jak dzisiaj. Zachowanie uczniów za moich czasów też bywało różne. Również „psociliśmy”, a nauczyciele starali się trzymać nas w ryzach. Jedni byli bardziej zdyscyplinowani, posłuszni i karni, inni mniej. W klasach 1-3, pamiętam, że Pani stosowała karę stawiając nas za różne przewinienia do kąta, ja również wielokrotnie w kącie stałam. Jak to nie skutkowało-rozsadzała nas, łączyła nas w pary chłopca z dziewczynką, nad czym bardzo ubolewaliśmy. Później już w starszych klasach, gdy biegaliśmy po korytarzach, stwarzając zagrożenie, to byliśmy stawiani  do  kątów, by ochłonąć i się wyciszyć. Nie było jakiś kar, bardzo dotkliwych, ale też czuliśmy duży respekt do nauczycieli.

 Czy pamięta Pani znajomych z tamtych lat? Czy przyjaźnie te okazały się tymi na całe życie?

Tak, pamiętam wszystkich znajomych z mojej klasy ze szkoły podstawowej w Sochocinie. Okres szkoły średniej i studiów był okresem, gdzie nasze drogi rozeszły się. Wielu poszło do innych miast, podjęli naukę w innych szkołach, w taki naturalny sposób kontakt nasz się rozluźnił. Po latach już jako osoba dorosła, postanowiłam nawiązać ponowny kontakt ze znajomymi ze szkolnych lat. Udało się to, obecnie z wieloma koleżankami i kolegami mieszkającymi bliżej, spotykam się często, z tymi którzy mieszkają w innych miastach rzadziej. Mam również bardzo bliski kontakt ze swoja przyjaciółką ze szkolnej ławy, która obecnie mieszka za granicą, ale kiedy przylatuje do Polski, do rodziny to spotykamy się i zawsze mamy o czym rozmawiać, co wspominać.

Którego nauczyciela wspomina Pani do dziś?

Wielu nauczycieli ciepło i z szacunkiem wspominam do dziś.  Niektórych  już nie ma wśród nas, np. pani Alicji Tobolskiej nauczycielki geografii, która wzbudzała wśród wielu uczniów postrach, gdyż była bardzo wymagająca. Potrafiła zdyscyplinować uczniów, na lekcjach było cicho, wszyscy jej słuchali, uważali.  Lekcje geografii przykuwały moją uwagę, a panią Tobolską zawsze będę wspominać życzliwie. Podobnie wspominam nauczycielkę matematyki, panią Jadwigę Jarczewską, dla której matematyka była po prostu hobby, a dla uczniów, którzy chcieli bardziej zgłębić swoją wiedzę, była  gotowa poświęcać im nawet swój prywatny czas. Kolejną nauczycielką, którą na zawsze zapamiętam i darzę wielkim szacunkiem jest pani Grażyna Rybicka- uczyła nas z pasją  historii! Zawsze dumna byłam z tego, że moim wychowawcą była pani Krystyna Szczeczko, polonistka, osoba która swoją postawą, sposobem bycia  wzbudzała pewien dystans, a nawet lęk wśród uczniów. Jednak w rzeczywistości była bardzo dobrym pedagogiem a dla nas, jako wychowanków była niesamowicie ciepłą osobą, dbała o nas i za to ją bardzo szanowaliśmy.

Życie szkolne obfituję w różne wydarzenia, czy chciałaby Pani o jakimś opowiedzieć?

Rzeczywiście było sporo takich wydarzeń, jednym z nich był  „dzień wagarowicza” . W siódmej klasie postanowiliśmy w ten dzień nie pójść do szkoły, tylko spędzić go całkowicie poza budynkiem. Chociaż nasza wychowawczyni, przestrzegała nas przed wagarami, że poniesiemy konsekwencję, gdy nie przyjdziemy na lekcje, że zostanie nam obniżona ocena ze sprawowania. Niestety nie posłuchaliśmy i całą grupą wyruszyliśmy w podróż wokół szkoły. Bawiliśmy się w podchody, myśląc, że nikt nas nie widzi. Klasa liczyła około 30 uczniów, więc nie było możliwości być niezauważonymi. Wszyscy nas widzieli, wychowawczyni również. Jednak im dłużej nas nie było, tym bardziej baliśmy się wrócić do szkoły, obawiając się konsekwencji. Pani Szczeczko oczywiście dotrzymała słowa i obniżyła nam oceny ze sprawowania. Ale zabawa była przednia!

Gdyby miała Pani możliwość cofnięcia się w czasie do lat szkolnych, co by Pani zmieniła?

Nic bym nie zmieniła, był to naprawdę piękny czas, lubiłam chodzić do szkoły, lubiłam tą szkołę i koleżanki oraz kolegów z klasy. Nauka nie przychodziła mi z trudnością, może oprócz chemii, która była moją „piętą achillesową”, ale poza tym wszystko było w porządku.

Czy chciałaby Pani coś dodać od siebie i przekazać współczesnym uczniom?

Uważam, że zawsze należy być pozytywnie nastawionym do otaczającego nas świata bez względu na różne przeciwności. Również ważne jest, by uczniowie nie traktowali szkoły, jako miejsca przymusowej nauki, tylko jako miejsce, gdzie nawiązuje się relacje z rówieśnikami i z ludźmi dorosłymi. Szkoła to przecież duża część życia młodego człowieka, tu realizuje się, nakreśla nasza przyszłość i tu tworzy się, zapisuje się we wspomnieniach nasza historia.

Opracowanie tekstu-Anna Buras. W wywiadzie wykorzystano również fragmenty wpisów do kroniki szkoły.

Wywiad z Panią Moniką Stąpkowską-Smardzewską przeprowadzony przez syna Bartłomieja